m.i.a., nie mija - rok mija, rock nie mija, is not dead, stone dead. wstyd że cholera, ale tak to widać z zapałem. słomiany, papierowy, jak paper plane. plane, plany, plama na koniec jak nie patrzeć. ale nie warto się przejmować, trzeba się zajmować stale, papierem także.
i tutaj dziwna dygresja, bo to wcale nie papier, chociaż myśli na papier przelewa; zastanawiające, że czasem już nie potrafię pisać na papierze długopisem, a wręcz wolniej mi to idzie, niż stukanie w klawisze. nawet na zajęciach swego czasu, wbrew pozorom, wygodniej. kto zna uroki i wygody IAUW, ten wie.
wczytałem się w zawiłe frazy tworzone przez Admunda i od razu jakoś tak mi się zrobiło i zachciało, że musiałem. no po prostu tak o i otako. np. skutery, wakacje, jesień - co mają etykiety do posta. postalata? lakosta. a Legionowo wbrew wszystkiemu jednak istnieje. ma się dobrze, ale myślę sobie, że dziwnie. nie mniej jednak - czas odpocząć. tak mi się przynajmniej wydaje. bardzo fajnie. Kuba? Grecja? Cyper? Hel? Hell, yeah. Wherever.
minął rok, i więcej nawet. ciekawe kiedy znowu przypomnę sobie o tym chwytliwym tytule wielemówiącym.
Thursday, July 31, 2008
Friday, January 12, 2007
dwudziestaczwarta.
Dwudziestaczwarta znacząco nie różniła się od pozostałych, chociaż przypisywano jej wiele bezeceństw. Siedziała w kąciku, chrupiąc beznadziejne prażynki o smaku wieprzowym i nie martwiła się mijającymi chwilami. Po prostu, czekała na swoją kolej, kiedy znowu nadejdzie i będzie jakiś czas gwiazdą. Była, bywała. Czasem porno, czasem bollywood, a czasem sylwester. Czasem orędzie, czasem wstyd, ale była, bywała.
Później podszedł do niej Ryszard, ten który zawsze stał na przystanku koło Auchan z siatką w wyblakły kwiat. Próbował coś jej powiedzieć, ale że nieśmiały był od dziecka, to nie powiedział w końcu,tylko się rozpłakał. Nie chciał chusteczki, bo nie umiał - wybiegł z krzykiem i wpadł pod pociąg. Na szczęście nie prawdziwy, tylko seksualny, ale kto wie co gorsze, gdyż przypadkiem była to pani Gertruda z mięsnego na osiedlu, ta która ma wieprza i trzydzieści kilka kilo nadwagi. Od trzydziestu kilku lat ma to. Ale jeszcze by czasem chciała, więc Ryszard nie miał innego wyjścia, jak zdzielić ją reklamówką, z której wyszło na jaw co nosił w niej. A że nosił w niej brudny tasak, na szczęście nie prawdziwy, lecz i tak brudny, to Gertrudzie nie stało się w zasadzie nic.
Dwudziestaczwarta nie chciała znowu mijać. Bo kiedy, jak co dzień mijała przystanek koło Auchan, to przykro jej się robiło, kiedy widziała Ryszarda, jak tam stał już bez reklamówki. Zastanawiała się, dokąd on i wszyscy ci ludzie jadą, z przystanku koło Auchan w stronę Tarchomina. Nie przyszło jej nigdy do głowy, że prawda jest okrutna, i że z tego przystanku oni nigdy nie odjeżdżają - ich istotą jest stać tam i czekać na autobus bez numeru, który nie przyjedzie. Jej zaś istotą było mijać. Nie chciała.
Błażej płakał. Bez powodu, po prostu płakał, chociaż nawet nie specjalnie to lubił. Nie chciał nigdy mieć na imię Tadeusz, dlatego rodzice, wiedząc to intuicyjnie, nigdy go tak nie nazywali. Nie umiał tego wytłumaczyć, ale tak właśnie było. Nie znał zbyt dobrze Dwudziestejczwartej, bo ona albo mijała, albo on nie wytrzymywał i nie dochodził. Nic dziwnego, Błażej zawsze jeździł pociągiem o 4:38 z Płud. Czasem tam, czasem nigdzie - jednak zawsze pilnował najważniejszej i jedynej zasady: nigdy, ale to przenigdy nie mijać przystanku koło Auchan, a już napewno nie wysiadać na nim. Nie był z resztą pewien, czy da się tam wysiąść, ale wolał nie sprawdzać. On wiedział, że Ryszard, Krystyna, Jakub i Teodor nigdy już nie wsiądą do żadnego tramwaju, który przejeżdża w gruncie rzeczy tak niedaleko. Wiedział, że pętla, która jest tak blisko, nie odczuje ucisku ich stóp na swych połamanych płytach chodnikowych. Że żadne z nich nie wyrzuci papierka po batonie "Szkolny" do krzywego i lekko zardzewiałego kosza na śmieci kołyszącego się niebezpiecznie obok wejścia do śmierdzącej poczekalni, która chwilowo stała się noclegownią dla bezdomnych. Ryszard i jego towarzysze byli więźniami przystanku koło Auchan. Błażej płakał, ale nie wiedział sam, czy płacze z żalu dla tych nieszczęśników, czy dlatego, że tak.
Dwudziestaczwarta przypomniała właśnie komuś, że powinien iść spać. Niebawem minie, a wraz z nią skończy się data. Zawsze ją to frustrowało, bo miała wrażenie, że spóźniła się na coś. Niby kończy, ale to tak naprawdę kończy się tuż przed jej nadejściem. Mówią, że Dwudziestaczwarta, ale kto mówi, że jest dwadzieściadwie po dwudziestej czwartej? Ona, między nami mówiąc, podejrzewa od niedawna, że tak naprawdę jej nie ma. Bo niby Dwudziestaczwarta, a są dwa zera. Bezsensu?
yes.
Później podszedł do niej Ryszard, ten który zawsze stał na przystanku koło Auchan z siatką w wyblakły kwiat. Próbował coś jej powiedzieć, ale że nieśmiały był od dziecka, to nie powiedział w końcu,tylko się rozpłakał. Nie chciał chusteczki, bo nie umiał - wybiegł z krzykiem i wpadł pod pociąg. Na szczęście nie prawdziwy, tylko seksualny, ale kto wie co gorsze, gdyż przypadkiem była to pani Gertruda z mięsnego na osiedlu, ta która ma wieprza i trzydzieści kilka kilo nadwagi. Od trzydziestu kilku lat ma to. Ale jeszcze by czasem chciała, więc Ryszard nie miał innego wyjścia, jak zdzielić ją reklamówką, z której wyszło na jaw co nosił w niej. A że nosił w niej brudny tasak, na szczęście nie prawdziwy, lecz i tak brudny, to Gertrudzie nie stało się w zasadzie nic.
Dwudziestaczwarta nie chciała znowu mijać. Bo kiedy, jak co dzień mijała przystanek koło Auchan, to przykro jej się robiło, kiedy widziała Ryszarda, jak tam stał już bez reklamówki. Zastanawiała się, dokąd on i wszyscy ci ludzie jadą, z przystanku koło Auchan w stronę Tarchomina. Nie przyszło jej nigdy do głowy, że prawda jest okrutna, i że z tego przystanku oni nigdy nie odjeżdżają - ich istotą jest stać tam i czekać na autobus bez numeru, który nie przyjedzie. Jej zaś istotą było mijać. Nie chciała.
Błażej płakał. Bez powodu, po prostu płakał, chociaż nawet nie specjalnie to lubił. Nie chciał nigdy mieć na imię Tadeusz, dlatego rodzice, wiedząc to intuicyjnie, nigdy go tak nie nazywali. Nie umiał tego wytłumaczyć, ale tak właśnie było. Nie znał zbyt dobrze Dwudziestejczwartej, bo ona albo mijała, albo on nie wytrzymywał i nie dochodził. Nic dziwnego, Błażej zawsze jeździł pociągiem o 4:38 z Płud. Czasem tam, czasem nigdzie - jednak zawsze pilnował najważniejszej i jedynej zasady: nigdy, ale to przenigdy nie mijać przystanku koło Auchan, a już napewno nie wysiadać na nim. Nie był z resztą pewien, czy da się tam wysiąść, ale wolał nie sprawdzać. On wiedział, że Ryszard, Krystyna, Jakub i Teodor nigdy już nie wsiądą do żadnego tramwaju, który przejeżdża w gruncie rzeczy tak niedaleko. Wiedział, że pętla, która jest tak blisko, nie odczuje ucisku ich stóp na swych połamanych płytach chodnikowych. Że żadne z nich nie wyrzuci papierka po batonie "Szkolny" do krzywego i lekko zardzewiałego kosza na śmieci kołyszącego się niebezpiecznie obok wejścia do śmierdzącej poczekalni, która chwilowo stała się noclegownią dla bezdomnych. Ryszard i jego towarzysze byli więźniami przystanku koło Auchan. Błażej płakał, ale nie wiedział sam, czy płacze z żalu dla tych nieszczęśników, czy dlatego, że tak.
Dwudziestaczwarta przypomniała właśnie komuś, że powinien iść spać. Niebawem minie, a wraz z nią skończy się data. Zawsze ją to frustrowało, bo miała wrażenie, że spóźniła się na coś. Niby kończy, ale to tak naprawdę kończy się tuż przed jej nadejściem. Mówią, że Dwudziestaczwarta, ale kto mówi, że jest dwadzieściadwie po dwudziestej czwartej? Ona, między nami mówiąc, podejrzewa od niedawna, że tak naprawdę jej nie ma. Bo niby Dwudziestaczwarta, a są dwa zera. Bezsensu?
yes.
Subscribe to:
Posts (Atom)
